Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 lipca 2012

O swobodzie jaką daje rower



Tego lata Ptasiek i ja urywamy się z domu. Nie planowaliśmy tego zawczasu. Często jeździmy rowerami do Filadelfii, na Parkway, w okolice muzeum sztuki, akwarium i Instytutu Franklina. Na Cherry Street jest galeria z rysunkami ptaków. Chodziliśmy tam patrzeć. Ptaśka rysunki są lepsze. Ptasiek mówi, że malarze niewiele wiedzą o żywych ptakach. Mówi, że martwy ptak przestaje być ptakiem — to tak jakby chcieć namalować ogień patrząc na popiół. (...)
Któregoś dnia zachciało nam się przepedałować przez most aż do New Jersey. Zatrzymujemy się po drugiej stronie mostu, w Camden. Mieliśmy zamiar wracać tego samego popołudnia, aż tu nagle widzimy drogowskaz do Atlantic City.
Mamy przy sobie cały majątek — forsę ze sprzedaży gołębi, dwadzieścia trzy dolary. Zazwyczaj trzymaliśmy ją w tej samej dziurze co sznurową drabinkę, ale tym razem zabraliśmy ze sobą.
Bocznymi drogami pedałujemy w stronę Atlantic City. Odkąd mamy jasność, co robimy, zaczynamy bardzo uważać na gliniarzy. Chcemy się zmyć z pola widzenia, zanim będzie ciemno.
Noc przesypiamy na polu, w pomidorach. Jest zimno, chociaż to lato. Zjadamy chyba po dziesięć pomidorów na łeb, z chlebem i coca-colą, które kupiliśmy w Camden. Rano budzimy się zziębnięci do szpiku kości. Zaczynam się łamać, czy nie wrócić do domu. Ptasiek chce koniecznie jechać nad ocean: jeszcze nigdy nie widział morza. Jego starzy są biedniejsi od moich i nie mają samochodu. Ponieważ i tak już oberwę jak się patrzy za to, że nie wróciłem na noc, to co mi w końcu zależy. Co oni mi w ogóle mogą zrobić? Stary Vittorio może mnie najwyżej sprać na kwaśne jabłko; zabić mnie nie zabije.
Do Atlantic City docieramy po południu. Na widok oceanu Ptasiek dostaje małpiego rozumu. Podoba mu się dosłownie wszystko, od początku do końca. Podoba mu się szum i podoba mu się zapach, i mewy też mu się podobają. Lata tam i z powrotem wzdłuż samej granicy wody i wymachuje rękami. Całe szczęście, że zbliża się wieczór; przynajmniej mało ludzi go zobaczy. (...)
Prowadzimy rowery wzdłuż pomostu aż na Steel Pier. Ale mamy frajdę: możemy sobie nakupić hot dogów, ile nam się zechce, i wszystkie bilety w wesołym miasteczku. Kupujemy dwufuntowe pudełko cukierków toffi, żeby mieć co jeść na kolację, i wracamy na plażę, tam gdzie nikogo nie ma. Znajdujemy dobre miejsce z ciepłym piaskiem i zakopujemy się. (...)
Turlamy się na rowerkach. Wciąż uważamy na gliny. To coś fantastycznego czuć się takim wolnym: nie trzeba lecieć do domu, nikt nie czeka z obiadem, nic nie robisz, tylko kręcisz nogami i gapisz się na krajobraz. Nawet nie wiedziałem, jak strasznie byłem dotychczas uwiązany.
Jadąc ustalamy, że nocować będziemy na plażach, a w dzień będziemy siedzieć nad morzem w słońcu. Co nam będzie potrzeba ze sklepu, to zwędzimy. Poza tym na tyłach restauracji są zawsze wielkie pojemniki na resztki; pożywimy się. W Armii Zbawienia kupimy stare koce i garnek; będziemy sobie gotować pod pomostem.                                                                             
William Wharton, „Ptasiek”

Już jakiś czas temu zaczęłam pisać tę krótką notkę do powyższego cytatu, ale dopiero teraz, ponownie wracając do jej pisania po upływie pewnego czasu, zaczęłam sie zastanawiać czy jest ona w ogóle konieczna? Te kilka zdań jest tak dobitnych i oczywistych, że chyba każdy potrafi dostrzec przemawiającą przez nie spontaniczność i beztroskę dzieciaków poniesionych hen przed siebie na dwóch kółkach. Jadących z garścią pieniędzy w kieszeni, bez żadnego przygotowania, bez zapasów jedzenia, odzieży czy w ogóle czegokolwiek. (Taka postawę i formę podróżowania można porównać do obecnie istniejącego trendu w turystyce rowerowej – ultralalight (superlekka), czyli ludzi jeżdżących na dłuższe wycieczki rowerowe z minimalna ilością sprzętu).
Przyjaciele „urywają się z domu” i jadą przed siebie, bo tak im się akurat zachciało. Z jednej strony takie zachowanie można ganić i uznać za nieodpowiedzialność młodego człowieka, (choć chłopcy potrafili sobie radzić, organizować jedzenie i inne rozrywki), z drugiej jednak ukazuje, jaką wolność i swobodę daje rower i jak niebezpiecznie jest czasem na niego wsiąść, gdyż nie wiadomo, dokąd nas powiezie.
I tu, nie wiedzieć, czemu, nasuwają mi sie słowa starego Bilba (J.R.R. Tolkien, „Władca Pierścieni - Drużyna Pierścienia”) A droga wiedzie w przód i w przód, choć sie zaczęła tuz za progiem, w dal przede mną mknie na wschód, a ja wciąż za nią tak jak mogę...” i drugi, może nawet bardziej trafny „Niebezpiecznie wychodzić za własny próg, trafisz na gościniec i jeżeli nie powstrzymasz swoich nóg, ani sie spostrzeżesz, kiedy cie poniosą...” które tak wspaniale oddają całą istotę wędrowania, w tym wypadku pieszego, ale myślę ze równie dobrze można je odnieść do podróży rowerowych.

Przytoczony cytat Whartona dobitnie mówi o niezależności, spontaniczności i wolności, jaką daje jazda na rowerze, a także o łatwości i elastyczności w podejmowaniu decyzji podczas takich wycieczek. Bo czyż i nam nie zdarza się jechać po prostu przed siebie, albo skręcić w jakąś boczną, urokliwą drogę, ot tak, bo coś nas w niej pociąga, lub zboczyć z wcześniej obranego kursu, gdyż coś innego nas zainteresowało.

W powieści rower towarzyszy głównemu bohaterowi prawie nieustannie (w okresie jego dzieciństwa) „Ptasiek pedałuje wytrwale, dzień w dzień, deszcz nie deszcz”. Choć rower nie jest głównym tłem wydarzeń, odgrywa jednak bardzo istotną rolę w kilku sytuacjach, a dla głównego bohatera jest niezmiernie ważny „Kupił [Ptasiek] go [rower] za własne pieniądze, jeszcze jak miał nie więcej niż dziesięć lat. Rower jest staroświecki, ma wielkie koła i starodawne wąskie opony bez dętek. Wszyscy naokoło mają opony balonowe i torpedo, ale balonówa na dwudziesto-ośmiocalowym zaledwie kole, to nie dla Ptaśka. Ptasiek pompuje opony, że mało nie trzasną, i jeździ na tym rowerze z obłędną szybkością. Potrafi na nim utrzymać równowagę w miejscu, tylko przez skręcanie od czasu do czasu przedniego koła. Widziałem go, jak tak siedział po pięć, dziesięć minut, patrzył na coś albo na kogoś, a potem momentalnie ruszał z miejsca, nawet nie dotykając nogą ziemi. Ale umie zrobić piruet: podnosi przednie koło i okręca rower jak konia na rodeo. I dba o niego. Szprychy i obręcze zawsze się błyszczą jak nowe. Na dobrą sprawę w ogóle nie schodzi z tego roweru.”

Na rowerze chłopiec czuł się pewny siebie, wolny i swobodny. Rower odrywał go, bowiem od ziemi – dosłownie i w przenośni. Dawał mu złudzenie lotu – przybliżał do ulubionych ptaków, a także uwalniał od realnego świata i ludzi, którzy go nie rozumieli.
Ptasiek próbował także wykorzystać rower do prób latania, ale o tym trzeba samemu przeczytać;) 
Książka ta jednak to nie tylko rowerowe perypetie chłopców, rowery stanowią jedynie tło niektórych wspomnień. Opowieść porusza wiele innych, bardzo istotnych zagadnień takich jak dojrzewanie, przyjaźń, obsesja, wojna, szaleństwo, a przede wszystkim pragnienie wolności tak różnie definiowane przez każdego człowieka. Wszystko to przedstawione jest w bardzo ciekawej formie. Autor z niezwykłą wprawą i umiejętnością ukazuje ludzkie charaktery, lęki i pragnienia, dzięki czemu wyłania się naprawdę dobra, choć może „ciężka” powieść psychologiczna. Jeżeli jeszcze nie zapoznaliście się z twórczością W. Whartona, to bardzo ją polecam! 

środa, 26 października 2011

Dzienniki rowerowe

„Odkryłem, 
że codzienna, kilkugodzinna jazda na rowerze
- choćby tylko do i z pracy - 
 pozwala mi zachować równowagę umysłu”



David Byrne w latach 80-tych odkrył rowery składane i od tego czasu zabiera je z sobą w niemal każdą podróż. W ten sposób, między próbami, koncertami i inną działalnością artystyczną, zwiedza miasta na całym świecie.

Tytuł książki - "Dzienniki rowerowe" - może być nieco mylący, ponieważ nie są to „dzienniki” w dosłownym tego słowa znaczeniu, a rower nie jest głównym bohaterem. Książka jest zbiorem luźnych myśli, wspomnień, spostrzeżeń i przemyśleń autora dotyczących architektury, muzyki, sztuki, podróży i polityki, a także rozważań na temat religii, zepsucia, rozpadu i kiczu występującego na całym świecie. Rower natomiast jest jedynie środkiem transportu, dzięki któremu autor może odwiedzać różne zakątki miast na całym świecie, a to co tam widzi pobudza go do wielu refleksji, którymi dzieli się z czytelnikiem.

Poruszając się rowerem po wielkich miastach świata, takich jak Berlin, Nowy Jork, Istambuł, San Francisco, Buenos Aires, Manilę, Londyn i obserwując je z perspektywy siodełka, ocenia ich przychylność dla cyklisty. Wyraża swoje poglądy o architekturze, rozkładzie przestrzennym i założeniach urbanistycznych tych metropolii i ich oddziaływaniu na interakcje społeczne oraz przychylność dla cyklistów. Przedstawia także teorie, które mogłyby poprawić jakość życia (kwestię dla autora bardzo ważną i często poruszaną) i usprawnić poruszanie się po nich.
W książce artysta poświęca także wiele miejsca opisowi odwiedzonych galerii, muzeów, wystaw, różnego rodzaju imprez, przedstawień i spektakli, a następnie dzieli się wrażeniami.

Najbardziej „rowerową” częścią książki jest rozdział poświęcony Nowemu Jorkowi i epilog, gdzie została ukazana infrastruktura rowerowa miasta, a autor przedstawia swoje zaangażowanie w jej rozwój.

Jazda rowerem „otwiera oczy” i skłania do obserwacji, natomiast książka ta pobudza do myślenia i refleksji nad otaczającym nas światem, nakłania do kontemplacji miejsc, które mijamy podczas naszych rowerowych wycieczek. Gdyż wg autora to właśnie jazda rowerem stwarza najlepsze warunki do przyjrzenia się rzeczywistości w której żyjemy - „perspektywa dwóch kółek, szybszych niż spacer, wolniejszych niż pociąg, ze wzrokiem nieco ponad poziomem oczu zwykłego śmiertelnika stała się moim panoramicznym oknem na świat”.
  
David Byrne – urodzony w Szkocji w 1952, amerykański muzyk, artysta, znany przede wszystkim jako założyciel grupy Talking Heads (1975-1991). W późniejszym okresie nagrywał płyty solowe, pracował z różnymi mediami: filmem, fotografią, operą.



sobota, 13 sierpnia 2011

Pech



Dwieście kilometrów z bagażem to nie byle co, ale jak ja tę trasę przerobiłem w obie strony nogami, to co to dla roweru? Jeden dzień - i jestem w Lublinie, następny dzień - na miejscu. [...]
Rano pogoda była taka coś nie bardzo, ale, od czego optymizm - pogoda się ustali. I faktycznie. Ledwie dojechałem do Wawra, zaczął kropić mały deszczyk. Drobiazg - tydzień taki deszcz musi padać, żeby mnie przemoczyć. Ale jemu, draniowi, widocznie się śpieszyło, bo zaczął padać gęściej. […]
Pech, cholera! W Wiązownej pękła przekładnia, dalej jechać nie mogę, bo spada. Rower za rogi i dalej piechotką, a rower obok mnie. Jest kuźnia. Pytam kowala, czy da rade z naprawieniem przekładni. Dobra nasza - jest jakaś stara przekładnia, którą nałożył mi na miejsce pękniętej za jedne trzydzieści złotych.[...]
Jest niedziela, deszcz nie pada, szosa z wybojami się skończyła, teraz jadę po asfalcie i śpiewam sobie wesoło. Śpiewająco dojadę do Lublina. Pech! W rowerze urwał się prawy pedał, a ja jestem dopiero w połowie drogi między Rykami a Kurowem. Więc swojego bydlaka za rogi i marsz przed siebie - i szosa dobra, asfaltowa i deszcz nie pada. Ciągnąłem go ze trzy kilometry, zanim doszedłem do wsi przy szosie. W pobliżu szosy kuźnia. Podchodzę - zamknięta. Prawda, przecież to niedziela. Odnalazłem kowala i proszę o przyczepienie pedału.- W niedzielę nie będę robił, choćby mi pan nie wiem ile zapłacił – odpowiedział na moja propozycję dobrej zapłaty. A tu pogoda ładna i dopiero godzina jedenasta rano.[...]
Gdy byłem już na przedmieściach Lublina - pech! Widzę, przednie koło coś dziwnie mi się kiwa, jak pijane obija się po bokach widelca. Zlazłem z roweru i cóż: pękła ośka. Cholerny, zbuntowany rower! Bydlę przeklęte. Za kierownice go i znów piechotą przez cały Lublin [...]
Było już po południu, gdy wyjechałem z Lublina. A tu trzeba przejechać jeszcze prawie sześćdziesiąt kilometrów. Którędy jechać? Przez Piaski dalej - ale szosa. Przez Łęczną bliżej - ale kawałek chłopską drogą, jak mi tłumaczono. Ale to dobra droga. Rowerem dobrze się jedzie. Wybrałem drogę przez Łęczną i przekląłem Łęczną, drogę, rower, wojnę, Niemców oraz cały świat razem z jego satelitami, już nie ważne nawet było to, że co kilkanaście minut padał deszcz - ale to, co zobaczyłem, gdy minąłem Puchaczów. Ten kawałek dobrej drogi to chyba osiem kilometrów błota i gliny zalanej wodą. [...]
Poprzedniego dnia jeden gospodarz przywiózł mi z Chełma pięć kilogramów tytoniu i dziesięć litrów spirytusu. Na spirytus przywiozłem z sobą ośmiolitrową bańkę i dwie jednolitrowe wojskowe manierki. Spirytus był koloru żółtego i zalatywał rdzą - podobno przechowywany był w zardzewiałej beczce - ale to drobiazg, najważniejsze, że siłę przepisową posiadał. [...]
Tym razem zaczęło się dobrze. Deszczu nie było, kałuż też nie było, wiec tra-la-la, śpiewająco się pedałuje. Ale pech to pech. Kilometr przed Piaskami pękł mi łańcuch. Dociągnąłem rower do miasteczka, kowal zajął się jego reperacją.[…]

Zacytowane wyżej fragmenty pochodzą z pierwszej części trylogii Stanisława Grzesiuka „Boso, ale w ostrogach”, która opowiada o młodości Grzesiuka w okresie przed wybuchem II wojny światowej. Każdy z rozdziałów książki stanowi oddzielne opowiadanie i można je czytać wybiórczo. Książka ukazuje historię człowieka wychowanego przez ulicę, dorastającego w najbiedniejszej dzielnicy Warszawy. Są to wspomnienia przedstawiające realia życia ówczesnej młodzieży, ich naukę, pracę i rozrywkę. Autor bez ogródek przedstawia psikusy, jakie robili chłopcy, oraz cwaniackie poczynania przedwojennych wyrostków.
Do spisania wspomnień namówili Staśka znajomi i przyjaciele, którym często opowiadał swoje historie. Wykorzystując swój urok osobisty i nietuzinkowy humor Grzesiuk w sposób bardzo plastyczny i obrazowy ukazuje klimat dzielnicy, w której się wychowywał, opisuje warunki życia, zażyłość i wspólnotę mieszkańców warszawskich „szemranych” dzielnic.

Stanisław Grzesiuk – pisarz, pieśniarz (zwany bardem z Czerniakowa). Najbardziej znany z trylogii autobiograficznej Boso, ale w ostrogach, Pięć lat kacetu i Na marginesie życia. Znany jest także, jako popularyzator folkloru czerniakowskiego. Grywał na bandżoli i mandolinie. Najpopularniejsze piosenki w jego wykonaniu to „U cioci na imieninach”, „Nie masz cwaniaka nad warszawiaka”, „Czarna Mańka”, „Siekiera, motyka”.
Wychowywał się i dorastał na Czerniakowie, (rejonie Mokotowa) dzielnicy zamieszkiwanej przez najuboższą ludność. Dojrzewał w trudnych warunkach, szkołę zawodową ukończył w czasie pracy w fabryce. Od nauki „migał” się już od najmłodszych lat, co opisał w autobiografii – „Boso, ale w ostrogach”.
Podczas pracy w fabryce zetknął się z ideologią lewicową i doszedł do wniosku, że ówczesny porządek społeczny deprecjonuje osoby chcące wyrwać się z biedoty i nizin społecznych (ponownie jest to silnie zaznaczone w pierwszej części trylogii).
Po wybuchu wojny pozostał w Warszawie i zaangażował się w działalność dywersyjną. Aresztowany przez Gestapo został wysłany na przymusowe roboty do Niemiec, a następnie zesłany do obozu koncentracyjnego w Dachau (04/04/1940), a następnie Mauthausen – Gusen, gdzie przebywał do 05/05/1945, szczegóły swojego pobytu w obozie opisał w drugiej części trylogii – „Pięć lat kacetu”.
Po wyzwoleniu obozu powrócił do Polski, ożenił się i miał dwójkę dzieci. Od 1947 chorował na gruźlicę, której nabawił się w czasie pobytu w obozie. Przebieg choroby, walkę z nią oraz sytuację gruźlika przedstawia w trzeciej części trylogii – „Na marginesie życia”. Zmarł w 1963 na tę właśnie chorobę.
Po wojnie był warszawskim radnym, działaczem społecznym, lewicowcem, gorąco sympatyzującym z nowopowstałym PRL, antyklerykałem i ateistą.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Nobliści na rowerach



Piotr i Maria nie należeli do niewolników mody. Kiedy się jednak już do czegoś przekonali, wkładali w to całe serce. Tak właśnie było z jazdą na rowerze. Niedługo po ślubie pozowali w ogrodzie w Sceaux do fotografii, stojąc obok rowerów, […] na kołach, zamiast powszechnie jeszcze używanych obręczy gumowych, znajdują się już opony nowoczesnego typu, napełniane powietrzem. Kierownica roweru Marii jest ozdobiona girlandą kwiatów; zarówno ona, jak i Piotr ubrani są od stóp do głów w zalecane do jazdy stroje. Garnitur Piotra składa się z krótkiej, luźnej marynarki i szerokich spodni. Maria ma na sobie słomkowy kapelusz o wąskim rondzie (który, jak dowodziła autorka podręcznika jazdy na rowerze dla pań, "nie zsunie się z głowy w żadnych okolicznościach"), dopasowaną, ale niezbyt obcisłą bluzkę z nakładanym kołnierzykiem. Na nogach ma, podobnie jak Piotr, męskie pantofle na gumie, a zamiast długiej spódnicy podkolanówki oraz szarawary, "zebrane w kolanach, wykończone tasiemką i zapinane na guzik".


Tuż po ślubie Maria zaczęła prowadzić pełny i staranny zapis wydatków, który odzwierciedlał wszystkie najbardziej typowe potrzeby francuskiego burżuazyjnego gospodarstwa domowego z lat dziewięćdziesiątych XIX stulecia. […] Przez następnych kilka lat zapiski w rubryce „bicyclettes” wykazują regularne wydatki na naprawy, części i ekwipunek rowerowy. Odnotowane są tam zakupy wentyli, szprych i sworzni oraz smaru. Do każdego roweru potrzebna była lampa naftowa, by oświetlać drogę w nocy. Trzeba było również opłacać corocznie podatek rowerowy, gdyż posiadanie roweru uważano jeszcze wówczas za luksus, choć w rzeczywistości stał się on już rozrywką klas niższych. Do tego dochodziły jeszcze wydatki na ubranie rowerowe - buty, kalosze na niepogodę, strój dla Marii uszyty specjalnie przez krawca. Na dłuższe wyprawy zabierano mapy dla rowerzystów (nowość na rynku).
Latem 1895 roku, Maria i Piotr wsiedli do pociągu i ruszyli wraz ze swymi rowerami na północ nad morze [w podróż poślubną]. Jeździli wybrzeżem od jednej wioski rybackiej do drugiej. "Lubiliśmy melancholię wybrzeży Bretanii oraz rozległe przestrzenie porosłe jałowcem i wrzosem, sięgające aż do krańców Finistere, podobnych pazurom czy zębom, wcinającym się w wiecznie przelewające się fale"[…].
Nawet w stolicy państwo Curie wykorzystywali swe rowery, kiedy tylko mogli. W soboty i niedziele oraz w czasie świąt jeździli po okolicach Paryża, na południe do Fontainebleau, gdzie "brzegi Loing, usiane jaskrami, były dla Piotra Curie przedmiotem zachwytu", oraz na północ, do lasu Compiegne, który "upajał nas na wiosnę swą delikatną zielenią i nieskończonymi kobiercami z barwinków i anemonów". Raz w tygodniu Piotr i Maria jeździli do domu rodziców Piotra w Sceaux, oddalonego o trzynaście kilometrów od ich paryskiego mieszkania.
Życie Marii Curie S. Quinn


Gorąco polecam biografię Marii Curie, Susan Quinn. Książka napisana jest lekkim, bardzo przystępnym językiem, dzięki czemu czyta się ją jak intrygującą powieść, szczegółowo wnikającą w historię życia rodziny Skłodowskich, a następnie Curie. W bardzo plastyczny sposób ukazuje detale z codziennego życia Marii oraz jej zmagania z przeciwnościami losu, jej samodzielność, wolę walki i nieustępliwość w dążeniu do celu. Ukazuje losy polskiej emigrantki w Paryżu, jej wzloty i upadki, zaszczyty i upokorzenia, radości i smutki. Książką skupia się głównie na życiu bohaterki, nie wnika w drobiazgowe zagadnienia naukowe (choć nie są one całkiem pominięte) dzięki czemu jest ona przystępna dla przeciętnego czytelnika, nie tylko fizyka czy chemika. Książka, na przykładzie Marii, ukazuje także sytuację kobiet i ich dążenie do emancypacji (prawa do nauki i pracy) na przełomie XIX i XX wieku.



sobota, 23 kwietnia 2011

Cykliści na ulicach Warszawy



Obwieszczenie Oberpolicmajstra[1]:
Zezwala się jazdy rowerem po całej Warszawie. Zabroniona jest jednak jazda szybka, prześciganie się wzajemne oraz wszelkiego rodzaju sportowe popisy. Nie są też dozwolone stroje wyścigowe i żadna w ogóle maskarada, w której lubują się nie tylko sprężyści, co pięknie zbudowani sportsmeni. Obowiązkowy jest dzwonek oraz z zapadnięciem zmroku – latarka. Do jazdy po mieście dopuszczone będą wyłącznie niskie welocypedy o dwóch lub trzech kołach bez użycia jakichkolwiek motorów.
S. Milewski „Podróże bliższe i dalsze, czyli urok komunikacyjnych staroci”

Książka omawia dawne formy transportu na ziemiach polskich. Znalazł się w niej również, niestety niezbyt obszerny, rozdział poświęcony rowerom, które pojawiły się na ulicach Warszawy pod koniec XIX wieku.
W interesujący i bardzo plastyczny sposób ukazano w niej historię transportu na ziemiach polskich na przestrzeni kilkuset lat. Nie jest to jednak typowa pozycja historyczna, lecz raczej snująca się opowieść o formach i metodach podróży. Oparta została na wspomnieniach, pamiętnikach, dziennikach z podróży, oraz na artykułach zamieszczanych w ówczesnej prasie. Dzięki licznym cytatom i komentarzom autora oraz jego zdolnościom językowym powstała praca doskonale oddająca specyfikę epoki i atmosferę tamtych czasów. Obrazu (dosłownie) dopełniają liczne ryciny, ilustracje, a także satyryczne rysunki z XIX wiecznej prasy.
Nie jest to również leksykon wiedzy historycznej czy technicznej, lecz gawęda o obyczajach transportowych dawnej Polski. Książka, jak pisze we wstępie sam autor, „nie ma ambicji naukowych, lecz jest reportażem z podróży po historii komunikacji”.

Bardzo przyjemnie jest zagłębić się w tę opowieść i spróbować przenieść się w minione dekady i wyobrażąjąc sobie flegmatyczną i uciążliwą podróż karetą czy dyliżansem, powolnym i chyboczącym się na nierównych torach pociągiem, czy w końcu niezbyt bezpiecznymi automobilami. Należy wyimaginować sobie brukowane kocimi łbami ulice Warszawy i przemierzające je dorożki. Podczas lektury nieomalże można usłyszeć stukot końskich kopyt, terkot żelaznych kół, odległy gwizd lokomotywy oraz popiskiwania klaksonów, a wśród tej ciżby ludzi i wszelkiego rodzaju pojazdów – lawirujących cyklistów.




Źródło: S.  Milewski "Podróźe bliższe i dalsze..." 


Stanisław Milewski – ur. 1931, pisarz. Studiował filologią klasyczną, a następnie filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Napisał pracę magisterską na temat slangu przestępczego w dwudziestoleciu międzywojennym. Pracował, jako dziennikarz w Gazecie Sądowej i Penitencjarnej, która następnie zmieniła nazwę na Gazetę Sądową, później na Gazetę Prawniczą od, 1965 do 1991, kiedy to dwutygodnik ten został zlikwidowany, a jego redaktor – Milewski przeszedł na emeryturę. Specjalizował się w reportażach z procesów sądowych, publikacjach dotyczących historii sądownictwa, dziejów przestępczości i jej zwalczania oraz historii czasopiśmiennictwa prawniczego. Jest autorem kilkuset artykułów i kilkunastu książek, współpracuje również z miesięcznikiem prawniczym Palestra.


[1] Oberpolicmajster – w Rosji carskiej - urzędnik - naczelnik policji w dużym mieście