środa, 13 marca 2013

Kisiel na rowerze

(...) Kisiel i ja przeciwko reszcie ekipy założyliśmy się o pół litra, że w dwa dni dojedziemy na rowerach z Warszawy do Zakopanego. „Ornitolog” (Kieślowski) nie popuścił. Co parę dni przypominał mi: „Ty! Jak żart, to do końca! Nie ma zmiłuj się”.
Umówiliśmy się o piątej rano w Jankach. Była lekka mżawka. Z bocznej ulicy wyjechał Kieślowski z miną zaciętego „fightera”. Jechaliśmy dalej bez słowa, zmieniając się na prowadzeniu. Niech to szlag. Nigdy w życiu nie przejechałem na rowerze więcej niż dwadzieścia kilometrów. Krzysiek miał podobne doświadczenia kolarskie.
Dojechaliśmy do Grójca, pięćdziesiąt kilometrów. Siedliśmy pod sklepem spożywczym na schodkach z butelkami mleka i jedliśmy świeże chałki, odwlekając, jak można, moment wsiadania na rowery. Każdy z nas miał wszystkiego dosyć. Oczywiście „Poganiacz mułów” zdecydował się pierwszy: „No, kolego!”. Ruszyliśmy. Przy kolejnej zmianie, przejeżdżając obok Krzysia, zauważyłem, że coś mamrocze do siebie. Spytałem: „Co ty gadasz?”. „Nic, liczę słupki”. Zezłościł mnie i zaimponował. Serce wali, oddech coraz krótszy, całe życie odwija mi się z pamięci, a Ten… liczy słupki.
Gdzieś za Kielcami, chyba w Jędrzejowie, zatrzymaliśmy się na obiad. Jedzenie podłe, żarty jeszcze gorsze, a za oknem deszcz. Nie ma odwrotu! Kawałkami folii owiązaliśmy sobie buty i… na rowery. Jego okulary w kroplach deszczu, usta zacięte. Chyba przestał liczyć słupki. Dwudziesta pierwsza. Szesnaście godzin kręcenia pedałami. Tablica z napisem: „Miechów”. Dwieście sześćdziesiąt kilometrów. A jednak… Może tak w życiu trzeba? „Ornitolog” miał jednak rację. Wypijemy pół litra, świętując ponadczasowy sukces. Zapadł zmrok. Oglądam się do tyłu – nie ma Krzyśka. Wracam, chyba nawaliła mu dętka. Rower oparty o drzewo. Krzysiek leży w rowie z zamkniętymi oczami. Teraz ja do niego: „No, kolego!”. „Nie jadę dalej, koniec!” . Próbuję przekazać mu swoją energię: „Krzysiu! Jeszcze tylko czterdzieści kilometrów. Hotel Cracovia, dancing, panienki, światowe życie, a jutro już z górki”. Pcha rower pod ostatnią górę przed Miechowem. Nie chce mu się nawet wsiąść na rower i mówi słowa, których z szacunku dla jego późniejszych dokonań nie będę cytować. Nocleg w obskurnym hotelu w Miechowie. Nie ma restauracji. Nie chce nam się wyjść i szukać czegoś do jedzenia. Gasimy światło. Słyszę głos Krzyśka: „Jeszcze jadę” i słowo, które pomijam. Ja też słyszę skrzyp łańcucha i drzewa, które bardzo powoli mijam. Zasypiamy. Ktoś mnie szarpie. Nad głową uśmiechnięta twarz w okularach: „Kolego! Może wybierzemy się na wycieczkę rowerową? Zobacz, jaka piękna pogoda”. Jest siódma rano. Wyglądam przez okno. Słońce świeci. Jakie piękne miasto ten Miechów. Może warto się przejechać na rowerze?
Odbieramy rowery z recepcji. Jedziemy do najbliższej knajpki. Pijemy kawę, jemy jajecznicę na bekonie. Obsługuje blondynka w opiętym na biuście sweterku. Jakie życie jest piękne! Siadamy na rowery. Tylko sto czterdzieści kilometrów przed nami. Zakład wygrany, nie potrzeba niczego udowadniać. Pierwsza, jedenastokilometrowa góra przed Obiadową. Właściwie płasko, tylko strasznie ciężko pedałować. Obidowa. Dziewięć kilometrów ostrego podjazdu pod górę. Mięśnie pieką. Co chwilę wstajemy z siodełka i stajemy na pedałach. Oddech coraz krótszy, wraca niemoc i niechęć do wszystkiego. Oszczędzamy energię. Aby dalej. Widać z boku Tatry. Jeszcze, jeszcze, jeszcze… Nareszczcie szczyt. Teraz obj leżymy w rowie. Jak w dobrym filmie. Bez dialogu. Wszystko widać. Zjazd. Bez pedałowania jedziemy na skrzydłach sukcesu... Wygłupiamy się. 
Z autobusu młode dziewczyny machają do nas przez okna. Zmieniam dętkę. Teraz, pod sam koniec, taki numer. „Ornitolog” pali nerwowo papierosa. Czeka i daje mi do zrozumienia, że przeze mnie czeka, a mógłby już być na miejscu. Wjeżdżamy do Zakopanego. To nic, że nie ma wiwatujących tłumów i wieńców laurowych. Jesteśmy szczęśliwi. Oni stawiają "pół litra".
G. Skurski

Źródło:http://kieslowski.art.pl

Przytoczona powyżej anegdota wyśmienicie obrazuje jak wielką mobilizację daje szalony z pozoru zakład, a także jak wiele trzeba mieć wytrwałości i samozaparcia, aby dokonać takiego wyczynu. 
Ponadto pokazuje, że dzięki odpowiedniej motywacji, można przenosić przysłowiowe góry. Także nie tylko zaprawieni kolarze mogą pokonywać wielkie dystanse. Liczy się przede wszystkim nastawienie i psychika oraz dobre chęci, a sprzęt, kondycja, ubiór to jakby sprawa drugorzędna. Bo chcieć to móc!

1 komentarz:

  1. Świetna historia! :)

    W pełni zgadzam się z Twoimi wnioskami. Jazda na długich dystansach to kwestia nie tyle kondycji, co przede wszystkim mobilizacji i determinacji - jedyne, czego tak naprawdę potrzeba do przejechania "nieosiągalnego" dystansu 100 km, to powiedzenia sobie, że to jest do zrobienia.

    I za to właśnie (nomen omen) kocham rowery - rower to nie tylko środek transportu, ale przede wszystkim maszyna, która naprawdę jest w stanie zmienić człowieka, a czasem wręcz pozwala dokonać niemożliwego :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń